|
|
|
|
| |
Ogrody Kornwalii, Devonu i Dorset 19-25.06.2010 |
Czerwcowa wycieczka do Kornwalii od samego początku zaczynała się dość niezwykle.
Najpierw wybuch wulkanu spowodował przełożenie terminu na znacznie przyjemniejszy, czerwcowy,
a przy tym zredukował liczbę uczestników, co być może nie ucieszyło biura Proeko, ale za to
skutkowało rozlicznymi przyjaźniami. Potem pogoda, jak nigdy w Wielkiej Brytanii - dopisała co
więcej, było to podobno najcieplejsze i najbardziej suche lato od dłuższego czasu. A powrót do kraju ,
pełen niespodziewanych zwrotów akcji, spowodował, że dla wszystkich zwiedzanie kornwalijskich
ogrodów było naprawdę wyjątkowym przeżyciem.
Rano na lotnisku w Luton powitała nas jak zwykle ukochana przewodniczka, Pani Lucyna
oraz Pan Bob, który pełen angielskiego szyku bardziej przypominał członka rodziny królewskiej niż
kierowcę autokaru. Droga do pierwszego ogrodu minęła nadspodziewanie szybko, choć typowo
angielska pogoda nie zapowiadała jeszcze późniejszych upałów.
Gdy dojechaliśmy do pierwszego ogrodu ABBOTSBURY SUBTROPICAL GARDEN, zza chmur
wyszło słońce i naszym oczom ukazał się prawdziwie prehistoryczny krajobraz. Olbrzymie drzewa,
gęstwina kwitnących krzewów i bylin a pośród nich wijący się strumień, do złudzenia stwarzał
wrażenie, że gdzieś za chwilę obok nas przemknie dinozaur. Nie wiem, czy to dlatego, że był to mój
pierwszy angielski ogród, czy przez to, że obejrzałam go dwukrotnie, choć w mocno przyspieszonym
tempie, zrobił na mnie ogromne wrażenie.
Następnym punktem na naszej trasie był KINGSTON MURWARD. Tutaj już mogliśmy bez
pospiechu ( bo …pośpiech upokarza… co niezmiennie próbował mi uzmysłowić Pan Bogusz) zatopić
się w jego dostojną atmosferę. W pamięci utkwiły mi zwłaszcza rozległe przestrzenie przesiąknięte
duchem wielowiekowego ogrodu. Najbardziej jednak zadziwił mnie ogród japoński, dyskretnie ukryty
pod konarami drzew, będący małą, pokrytą mchem, zacienioną perełką . Zdawał się być zupełnie
oderwany od otaczającego go świata.
Trochę zmęczeni, ale i podekscytowani, dotarliśmy do pierwszego hotelu, w którym to na
szczęście mieliśmy spędzić tylko jedną noc. Jak się później okazało było to zrządzenie losu, ponieważ
obfitość i smakowitość przygotowywanych tu potraw, z pewnością uniemożliwiłyby nam oderwanie
się od stołu i ruszenie w dalszą podróż. Na niewiele zdała się wieczorna wycieczka po miasteczku,
której celem było- oprócz standardowego zwiedzania – spalenie kolacyjnych kalorii. Wszyscy kładąc
się spać, czuli się przyjemnie nasyceni, nie tylko wrażeniami minionego dnia.
Drugi dzień rozpoczęliśmy od BICTON PARK BOTANNIC GARDEN, rozległego parku
obsadzonego imponującymi starymi drzewami, z których wiele było czempionami na skalę krajową.
Podziw wzbudzała również prześliczna oranżeria zbudowana przez właściciela posesji jako ślubny
podarunek dla ukochanej żony.
Kolejnym punktem, choć wcześniej nie zaplanowanym, stało się miasto Exeter, gdzie osoby chcące
oddać głos na prezydenta, mogły dopełnić na obczyźnie swojego obywatelskiego obowiązku. Na
szczęście zwiedzanie centrum miasta i pięknej starej katedry wynagrodziło pozostałym uczestnikom
poczucie straconego czasu.
Po chwili odpoczynku i nasyceniu się pysznymi lodami udaliśmy się w dalszą podróż.
THE GARDEN HOUSE – okazał się jednym z najpiękniejszych kornwalijskich ogrodów. Położony
na niewielkiej skarpie, zatopionej w kwiecistych łąkach, z pełnymi uroku kamiennymi domami i murkami na długo pozostawił ślad w naszych sercach.
Nic jednak tego dnia nie mogło równać się z przyjazdem do naszego hotelu w Newquay.
Przecisnąwszy się naszym niewielkim autokarem po wąskich uliczkach nad brzegiem morza naszym
oczom ukazał się hotel Victoria. Z urwistego klifu roztaczał się rozległy widok na odsłonięte przez
odpływ plaże. Cały hotel przepełniał wiktoriański styl, ale prawdziwie angielskiego ducha wnosił
tamtejszy szef kuchni, do złudzenia przypominający właściciela hotelu zacisze - Basila Fawlty'ego
(John Cleese). Francuską kuchnię, którą nam serwował, umilał wtrącanymi po polsku słowami oraz
opowieściami o swoich wakacjach spędzonych w Polsce. Na nasza prośbę dał również mistrzowski
pokaz przygotowania pysznej ziemniaczanej zapiekanki (gratin dauphinois)
Trzeci dzień poświęciliśmy na zwiedzanie EDEN PROJECT. Patrząc na tak innowacyjne
zagospodarowanie wyrobiska przemysłowego trudno było wprost uwierzyć, że jeden człowiek mógł
wyczarować na zdewastowanym, wręcz księżycowym terenie oazę zieleni. Klimat parnej dżungli lub
gorącej Italii otoczony był kopułą stworzoną na podobieństwo bąbelkowej foli.
Po powrocie do Newquay dzień zakończyliśmy siedząc na skalistym klifie i obserwując na
tle zachodzącego słońca unoszących się na wodzie serferów . Choć noc zapowiadała się spokojnie,
niejakiej rozrywki dostarczyła nam nocna próba alarmu przeciwpożarowego. Jak okazało się przy
śniadaniu, na trawnik przed hotelem wyszła grzecznie tylko nasza kochana Pani Lucynka.
W kolejnych dniach, kolejne piękne ogrody : THE LOST GARDEN OF HELIGAN i TREVANO ESTATE,
choć mnie z tej podróży w pamięci utkwiły pyszne fish and chips w malowniczej wiosce rybackiej
Mevagissey oraz wyprawa na wyspę ST. Michael, którą ledwo co opuściliśmy przed nadchodzącym
przypływem.
Zwiedzając dalej Kornwalię z naszym nowym kierowcą wypisz wymaluj - Krokodylem Dundee,
pędziliśmy po wąskich dróżkach zatopionych pośród łąk i wrzosowisk, mijając od czasu do czasu,
żyjące na swobodzie dzikie konie.
TRENGWAINTON GARDEN , TREWIDDEN GARDEN oraz CARWINION GARDEN – Urzekły nas
najróżniejszymi odmianami bambusa, kępami olbrzymich rododendronów i magnolii (wielkości
naszych dębów) o woskowych kwiatach pachnących waniliową szarlotką . Warto również
wspomnieć o przepysznych kornwalijskich podwieczorkach spędzanych w ogrodowych kawiarenkach-
na długo jeszcze zostanie nam wspomnienie smaku Clotted Cream Tea, słodkich bułeczek
posmarowanych konfiturą truskawkową i oblanych gęstą, maślaną śmietaną.
W przedostatnim dniu naszej wycieczki zwiedziliśmy założony na stromo opadającej do morza
skarpie przepiękny TREBAH GARDEN . Zachwycał piękny widok na „rzekę hortensji „ posadzonych
wzdłuż strumienia wpadającego do stawu . Urokliwy mostek - jak z obrazu Moneta i widok na
znajdujący się na górze pałac dopełniał całości. Po takiej wycieczce miło było na chwilę usiąść na
żwirowej plaży w małej zatoczce kończącej ogród.
Ostatni dzień rozpoczął się wczesnym śniadaniem i pożegnaniem kornwalijskich widoków. Ogród
RHS ROSEMOOR, który zwiedzaliśmy w drodze do Luton, okazał się być przysłowiowym icing on the
cake całej naszej wycieczki. Zwiedzając go wydawało się, że zatopieni pośród kwiatów, płynęliśmy
otoczeni ferią barw i słodkich zapachów. W pamięci utkwił mi zwłaszcza krzew jaśminowca
(Philadelphus „Beauclerk) rozsiewający wkoło słodki, poziomkowy zapach. Na koniec naszej podróży
mogliśmy zaopatrzyć się w różne pamiątki w sklepiku znajdującym się na terenie ogrodu . Tu
przy okazji okazało się , że walizki, które wzięliśmy ze sobą nie były wstanie pomieścić wszystkich
zakupionych rzeczy. Na nic zdało się przepakowywanie i upychanie po innych uczestnikach, nikt już
nie miał miejsca.
Wycieczka skończyła się spóźnieniem na warszawski samolot i powrotem przez lotnisko w
Katowicach, co jednak nie zniechęciło nas do dalszych podróży. Miesiąc po przylocie, już
wybieraliśmy następne ogrody. Tym razem swoje tajemnice będą odkrywały przed nami ogrody w
Cotswolds…
tekst: Agnieszka Cieślowska Ecojardin
|
|
.
|
|
|
|
|
|
|
|
| |
|